Absolwenci, którzy zadeklarowali chęć przystąpienia do egzaminów maturalnych w bieżącym roku szkolnym,mogą już wypełniać deklaracje maturalne w wersji elektronicznej. Prosimy zgłaszać się do p.prof.
Bożeny Karolak we wtorki lub środy w godz. 14.30 - 15.30
Początek października. Piękne jesienne dni dla XXVI LO były szczególne. Zaczęliśmy obchody 60 rocznicy istnienia naszej szkoły. Długie przygotowania, 2 i 3 października doczekały się radosnego, ale też i refleksyjnego finału. Gdzieś tam w górze czuwali nad nami byli dyrektorzy, a wśród nich legenda placówki – dyr. Danuta Falak. Tego ogromnego przedsięwzięcia podjęła się obecna dyrektor szkoły pani Małgorzata Wiśniewska ze swoją zastępczynią panią Martą Marajdą oraz wszyscy pracownicy szkoły. Nie byłoby jednak tak pięknie, gdyby nie zaangażowanie i wysoka kultura naszych uczniów. Pani dyrektor Wiśniewska, będąc wierna tradycji, wpisała również siebie, swoją inwencję w charakter obchodów. Pierwszy dzień poświęcony był naszym wychowankom.
M. Wiśniewska słusznie uważa, ze obecni uczniowie powinni uczestniczyć w tych obchodach, obejrzeć prace swych kolegów, poczuć się jeszcze silniej związani ze szkołą. To niewątpliwie piękny pomysł, który należy kontynuować. W piątek rano odbyła się wzruszająca msza święta z udziałem biskupa Ireneusza Pękalskiego, księży katechetów
z XXVI LO oraz naszych uczniów i nauczycieli. Z jednej strony miałam ochotę śpiewać „chwalmy Pana”, z drugiej przeżyliśmy - ja i moi koledzy wielkie wzruszenie, że hierarcha łódzkiego kościoła zadał sobie tyle trudu, aby poznać statut szkoły i ciekawie zinterpretować jego paragrafy. To się musiało podobać! Dwie godziny później uczniowie spotkali się z emerytowanymi nauczycielami oraz absolwentami. Pomagałam w spotkaniu klasy IIa z polonistką,
z którą przepracowałam w zespole wiele lat – panią Magdaleną Płauszewską. Było pięknie. Młodzi humaniści przygotowali mały występ, upiekli ciasta i ucięli sobie całkiem niezłą pogawędkę o literaturze i muzyce. W ciągu 45 minut zrobiło się swojsko i przyjaźnie. Wiem od p. Profesor, ze w pracowni nr. 53 wróciły do niej belferskie wspomnienia. Dziękuje za to moim wychowankom. Chcę skupić się na jeszcze jednym aspekcie obchodów. Jestem trochę zakłopotana, bo pracując w liceum 34 lata czuję się jak jego filar. Tak kiedyś (dawno temu) określałam moich odrobinę starszych kolegów: D. Witkowską, M. Witkowskiego, J. Dobruchowskiego, Z. Rozbicką, D. Banasiak – nie sposób wymienić wszystkich. Zmierzam do tego, że znam bliżej lub z widzenia wielu naszych absolwentów i przy realizacji nowego zadania mogłam być pomocna.
Pomysł był pani dyrektor Wiśniewskiej, wykonanie nasze: moje i moich wychowanków. Pozostając przy wspomnieniach, chcę zaprezentować pracę: Asi Pomykalskiej, Oli Fabjańskiej i Michała Sowińskiego. Tym młodym „dziennikarzom” udało się wskrzesić sporo ciekawych wspomnień naszych absolwentów. Zapraszam do lektury:
Obchody sześćdziesięciolecia szkoły były okazją do rozmów z absolwentami i dawnymi nauczycielami naszego liceum. Wspominając czas pobytu w XXVI LO zapominali o smutnych chwilach, podkreślając że był to jeden z lepszych okresów w ich życiu. Z niecierpliwością oczekiwali na zbliżającą się zabawę w Pałacu Poznańskich.
Przyjaciele szkolni z lat dziewięćdziesiątych (Marzena Kembłowska - Plocek, jej siostra Danuta Dupier oraz Jacek Grudzień) uważają, że XXVI LO było kluczem do ich sukcesów. A nie były one wcale małe. Redaktor Jacek Grudzień posiada spore dokonania na polu dziennikarskim, a pani Marzena Kembłowska – Plocek prowadzi w Polsce oddział angielskiej spółki Alps Group LiDUK. Z pewnością ma się czym pochwalić jej siostra – Danuta Kembłowska – Dupier, która współpracowała przy budowie metra w Dubaju oraz Istambule. Pomocne w tych osiągnięciach okazały się wyjazdy zagraniczne, chociaż odbyły się one kosztem rocznej przerwy w szkole. Pan redaktor nie ukrywa rozbawienia swoją sytuacją. Mimo że był rekordzistą w ilości ocen niedostatecznych
w semestrze oraz egzaminów komisyjnych z fizyki, dziś jest nauczycielem akademickim. Wśród uczniów zyskał opinię bardzo towarzyskiej osoby. Jedenaście razy był świadkiem na ślubach, przy czym osiem osób, które go o to poprosiło należało do jego dawnej klasy.
Rocznikowi dzisiejszego Podsekretarza Stanu - Radosława Stępnia przyszło uczyć się w latach Stanu Wojennego. Patronką szkoły była wtedy Małgorzata Fornalska – działaczka komunistyczna, której młodzież na pewno nie uważała za wzorzec, czego wyrazem było powieszenie obok jej portretu wizerunku Józefa Piłsudskiego. Czasy nauki pana podsekretarza to również jedyna studniówka, która zakończyła się przed 22 (godzina policyjna), co nie znaczy, że uczniowie nie bawili się do rana. Zabawa skończyła się o na retkińskim osiedlu.
Jedną z rozmów przeprowadziliśmy z Agnieszką Wojciechowska von Heukelom dyr. biura poseł Joanny Kluzik - Rostkowskiej, dyr. Regionalnego Biura Województwa Łódzkiego w Brukseli.
Czasy, w których pani Agnieszka uczyła się w naszym liceum obfitowały w wiele ważnych wydarzeń (które na historii poznaje dzisiaj każdy licealista); karnawał „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego, druga pielgrzymka papieża. Jednocześnie dla pani Agnieszki to czas prywatek, życia licealnego, studniówki i przygotowań do matury. Wtedy , jak wspomina nasza rozmówczyni, XXVI LO było jedyną szkołą w Łodzi, która miała egzaminy wstępne. Dla szkoły był to okres rządów pani dyrektor Danuty Falak, która słynęła z dbałości o dyscyplinę wśród uczniów. Tarcze i fartuszki były szkolną codziennością (te ostatnie, zaraz po lekcjach, były pośpiesznie chowane w plecaku). Ten pewien rygor, który narzucała szkoła spotykał się z buntem wśród uczniów, ale jak zauważyła nasza rozmówczyni; „Inaczej patrzy się na to z perspektywy czasu”, dostrzega pozytywne strony; „nie odczuwało się różnic, nie koncentrowało na wyglądzie, który nie jest najważniejszy”. Była jeszcze inna strona „absurdalnych” wymagań; sprzeciw wobec nich zbliżał uczniów.
Czas liceum to największy rozwój humanistyczny; wyjścia do teatru, filharmonii czy muzeów. Pani Agnieszka wspomina przy tym swoją polonistkę panią profesor Płauszewską oraz pytanie, które rozpoczynało każdą lekcję; „Co ostatnio przeczytaliście ćwierćinteligenci oprócz kryminału i ekspresu?”. Pytanie to wzbudzało popłoch wśród tych uczniów, którzy mieli braki w lekturze. Próby nadrobienia tych braków podczas przerw, przez opowiadanie sobie nawzajem treści książek, doprowadzały do komicznych sytuacji. I tak opowiedziane podczas przerwy „Na zachodzie bez zmian”, na lekcji zmieniało tytuł na „Od wschodu spokój”. Jednak nie liczba przeczytanych lektur, a myślenie było najważniejsze dla pani profesor Płauszewskiej „Jedno z wypracowań miało tytuł ”Moje książki, które nie są lekturami”. Kolega napisał, że szkoła nie pozostawia mu czasu na czytanie innych książek niż lektury. Dostał pięć”.
Pani Agnieszka zdecydowała się studiować polonistykę na wydziale, który w tamtych latach był bastionem walki z komunizmem, miejscem studenckich protestów, walki z cenzurą. Ta atmosfera była obecna również w liceum im. Małgorzaty Fornalskiej. Buntowano się przeciwko wszechobecnemu językowi rosyjskiemu, w ubrania wpinano oporniki (małe elementy układów elektrycznych) lub żółwie na znak sprzeciwu. Był to na pewno ciężki czas dla pani dyrektor Danuty Falak, która na apelach musiała tłumaczyć zbuntowanej młodzieży, dlaczego wprowadzono stan wojenny. W niektórych szkołach po „niepokornych” przychodzili funkcjonariusze UB, tego starała się uniknąć pani dyrektor. Z powszechnym sprzeciwem wśród uczniów spotkało się wtedy zaproszenie do szkoły Orkiestry Wojskowej. Swój bunt okazali przychodząc na występ „w żałobie”. Ta jawna manifestacja doprowadziła dyrektor Falak do rozpaczy, a na naszą rozmówczynię ściągnęła groźbę wyrzucenia ze szkoły. Pani Agnieszka nie przypomina sobie jednak, żeby kogoś spotkały poważne represje.
Lata osiemdziesiąte to obraz pustych sklepów, przed którymi stały długie kolejki czekających na dostawę towarów. W ciągłym braku wszystkiego organizacja studniówki stawała się nie byle jakim wyzwaniem, i wyzwalała w uczniach pokłady inwencji. Powodzeniem cieszyły się kreacje babci pani Agnieszki. Sama pani Agnieszka upatrzone buty kupiła na kartki, a przy tym okazały się one za małe.
O tym, jak wszechstronnie kształciło nasze LO świadczy fakt, że pan Jacek Stachowicz, który uzyskał z ustnej matury z polskiego ocenę celującą jest dziś wykładowcą matematyki. Wspominał, że na zadane pytanie, skąd posiada takie informacje odpowiedział: „No oczywiście, że z lekcji polskiego”. Uważa, że nauka w XXVI LO dała mu więcej niż studia.
Również nauczyciele posiadają ciekawe wspomnienia. Rozmawialiśmy z wychowawczynią pierwszej w szkole klasy sportowej, która zdawała maturę w ’74 roku – panią Jolantą Dąbrowską. Pewnego dnia do jej drzwi zapukało sześciu wychowanków. Oświadczyli, że przyszli na wagary wiórować podłogę, co było popularną karą w XXVI LO. Klasa do tej pory jest ze sobą bardzo zżyta, spotyka się ze swoją wychowawczynią co pięć lat.
Ich młodsi koledzy rocznika zdającego maturę w ’79 roku (Tomek Walas, Joanna Rybińska, Danuta Zielińska, Mariola Przybylska, Grzegorz Mazur, Paweł Boss i Bogumiła Studzienna – Krawczyk) nadal żywią do siebie sympatię. Przyłączyliśmy się do jednej z ich rozmów. W skrócie przedstawili nam historię czterech lat spędzonych w LO, które obfitowały w wiele ciekawych zdarzeń. Najczęściej wspominali o przydzielanych im karach. Wiórowanie parkietów (które umilali sobie nuceniem piosenek) i pielenie grządek należało do ich najczęstszych zadań. Prace tego typu nie były wyłącznie karą. W ramach zajęć grabili liście, pomagali w wykopkach buraków, sprzątali nowo wybudowane bloki na Retkini i opiekowali się zwierzętami w ZOO. Żeńska część klasy ubolewała nad obowiązkiem noszenia spódnic, które nie mogły sięgać wyżej niż 5cm przed kolano. Spodnie były dopuszczalne jedynie w miesiącach zimowych.
Niewątpliwie ciekawą postacią był przeniesiony do ich klasy Jan Czemerski, uczący się początkowo w klasie o profilu matematyczno – fizycznym. Po zajęciu przez niego wysokiego miejsca w biegach przełajowych, dyrektor Konarzewski zdecydował się przenieść go do klasy sportowej. Jan Czemerski był niepokornym uczniem, co nie umniejszało jego sukcesów. W swojej szkolnej karierze tego samego dnia został zawieszony w prawach ucznia oraz otrzymał medal za zasługi dla szkoły.
Szkołę tworzyło zawsze zgrane grono pedagogiczne, które umiało ukształtować charaktery uczniów.
W wypowiedziach naszych rozmówców często wymieniane były sylwetki dwóch dyrektorów: Henryka Konarzewskiego, który kierował szkołą w latach 1961-1978 oraz docenianej przez wszystkich Danuty Falak. Jej siostra – Maria Kluszczyńska nie ukrywała swojego wzruszenia. Na pytanie, co czuje, kiedy przychodzi do naszej szkoły odpowiedziała: „Smutno mi, że moja siostra nie może tego zobaczyć.”
Kiedy dowiedziałam się o jubileuszu sześćdziesięciolecia XXVI Liceum wróciłam myślami do przeszłości, która już się nie powtórzy. Byłam świadkiem czterdziestolecia, od którego minęło zaledwie 20 lat, ale ileż rzeczy się zmieniło w szkole, w Polsce, w świecie i w moim życiu…
Moje pierwsze spotkanie z XXVI to spotkanie z człowiekiem – legendą , z dyrektorem Henrykiem Konarzewskim. Odwiedził moją podstawówkę, aby z bliska przyjrzeć się tym, którzy chcieli być jego licealistami. Budził respekt swoim basowym głosem i surowym spojrzeniem, patrzył na nas jakby chciał odgadnąć jakąś ukrytą prawdę, o której my sami nie mieliśmy jeszcze pojęcia. Dostałam się do szkoły bez egzaminów dzięki konkursowi polonistycznemu, w jakim z entuzjazmem wzięłam udział. Jako że nie chciałam przygotować się do podobnych zawodów z biologii, nie mogłam mieć piątki na końcowym świadectwie, a że nie umiałam żebrać o oceny, więc sytuacja była jasna: kara za brak posłuszeństwa – pierwsza z długiej listy… Pamiętam dobrze ten drobiazg, ponieważ po latach osoba, która nie mogła mi wybaczyć mojej stanowczej odmowy, stała się moją koleżanką z pracy – co za ironia losu…
Kiedy zaczęłam naukę w liceum, czekała mnie niespodzianka: zamiast dyrektora, nowa Dyrektorka – Danuta Falak, dotychczasowa zastępczyni Konara. Żadna z nas nie przypuszczała wówczas, że po latach spotkamy się znów, aby podpisać umowę o pracę. Nie byłoby to możliwe bez jeszcze jednej osoby, Jagody Perkowskiej i oczywiście szczęśliwego zbiegu okoliczności: moje marzenie o pracy w szkole (taka głupia żeromszczyzna) mogło się spełnić dzięki niespodziewanej zmianie personelu.
Jagoda była moim idolem w pierwszym semestrze ósmej klasy, ale przypłaciłam tę sympatię i nadmiar piątek w dzienniku systematycznym odpytywaniem przy tablicy, kiedy dopadła mnie jej następczyni. Jagoda była moją opiekunką praktyk w liceum po czwartym roku polonistyki i to ona zaproponowała mnie Szefowej jako ryzykowne rozwiązanie na osiem godzin tygodniowo, które szybko przekształciły się w dwanaście. Satysfakcja ogromna i ogromna odpowiedzialność, bo nie możesz się zbłaźnić przed uczniami, ani tym bardziej przed koleżankami, no i przed Szefową. Moje przejście na drugą, stronę barykady nie było bezbolesne, ale też nie traumatyczne. Jestem wdzięczna wszystkim kolegom za to, że pomogli mi pokonać ten etap bez większych problemów i że mnie zaakceptowali.
I kiedy myślę o tych, których już z nami nie ma (iluż mi brak…), czuję szacunek i wdzięczność za to, że nauczyli mnie myśleć na własny rachunek, patrzeć na świat z ciekawością, ale krytycznie, szanować cudzą pracę i nie zadowalać się przeciętnością.
I jeśli o wdzięczności mowa, to jest ktoś bez kogo nie byłabym ani polonistką, ani nauczycielką, ani autorką tego wspomnienia: Magda Płauszewska. Wiem, że się obruszy („nie opowiadaj głupot Dorota…”), ALE TO SZCZERA PRAWDA, BEZ SENTYMENTALIZMU!.
Była, jest i będzie dla mnie wzorem człowieka i nauczyciela – mistrza, który nie tylko uczy mówić i myśleć, ale też żyje tak, jak myśli i mówi, a to coraz rzadsze w dzisiejszym świecie.
Najpierw nauczycielka, potem przyjaciółka, zawsze gotowa wysłuchać i pomóc, lojalna, ale szczera, otwarta i dyskretna. Dlatego niektórzy lubią Magdę…
Kiedy patrzę z oddali na moje dziesięć lat pracy w szkole to myślę, że było warto, że miało sens, że zostawiłam za sobą jakiś ślad i że spotkałam ludzi, których warto było spotkać…
Ale sens mojej pracy niech oceniają moi uczniowie i niech mają litość nade mną…
Moja obecna praca różni się od poprzedniej, lecz jak mówi Magda, polonista to człowiek do wszystkiego pod warunkiem, że się przyuczy. Pracuję jako przewodniczka w muzeum, oprowadzam grupy hiszpańskie i angielskie (jakie szczęście, że miałam tylu dobrych anglistów!) Ale są też podobieństwa: pracuję głosem (zdarzyło mi się mówić do ponad 50 osób, ale po latach pracy w klasach z 40 nastolatkami nie miałam nigdy problemów z dotarciem do wszystkich – jak mówił jeden z moich szefów: Ciebie może nie widać, ale za to dobrze słychać), mam stały kontakt z ludźmi, których powinnam zainteresować i umieć odpowiedzieć na pytania, nie zawsze tak niewinne jak to pierwsze i obowiązkowe: skąd Pani pochodzi? Jeśli moi obecni szefowie są zadowoleni z mojej pracy, to powinni podziękować tym, którzy nauczyli mnie czerpania satysfakcji z dobrej roboty, którą w każdym zakątku świata prędzej czy później się docenia.
Jeśli szkoła ma przetrwać, jeśli jest potrzebna, to nie tylko po to, aby uczeń przyswoił wiedzę, ale też po to, żeby umiał się odnaleźć w coraz bardziej skomplikowanym świecie.
Jeśli zdołałam się zintegrować w środowisku zupełnie obcym to dlatego, że umiałam się otworzyć na to, co nowe i nieznane, na to co inne (i dlatego ciekawe), ale pamiętając o tym, kim jestem i skąd pochodzę. Nowy język, który wciąż poznaję, stał się kluczem do wielobarwnej kultury, której bogactwo mnie fascynuje. Mój świat się poszerzył i powiększył, choć zamieniłam Łódź na małe lecz urokliwe miasteczko.
Żyję z kapitału, którym jest bagaż kulturalny z jakim wyjechałam z kraju. Im większy kapitał, tym większe korzyści, dlatego zawsze wierzyłam, że „im więcej wiesz, tym lepiej dla Ciebie”.
Choć jestem przekonana, że specjalizacja zawodowa jest konieczna, uważam, że dobre przygotowanie w zakresie szeroko pojętej kultury jest niezbędne, aby nie być kaleką duchowym i dlatego mogłam poszerzyć moją wiedzę o historii Hiszpanii w stopniu zaskakującym moich obecnych kolegów z pracy i turystów. Nie jest to trudne, gdy chcesz i gdy jesteś przyzwyczajona do systematycznego poszerzania wiedzy.
A poza tym nigdy nie wiesz, kogo masz w grupie, więc lepiej nie popełniać błędów, które mogą być wytknięte publicznie przez kogoś, kto jest obeznany z tematem. Płacą ci za to, że wiesz, więc staraj się być na poziomie tego, czego od Ciebie oczekują.
Moje najtrudniejsze grupy to dzieci i młodzież szkolna, ponieważ rzadko się zdarza spotkać takie, które przyjeżdżają świadome celu wycieczki, a nie tylko po to, by uciec od nudy szkolnej. Kiedy patrzę na tych, którzy galopują po salach szukając wyjścia, myślę o stracie czasu i o tym, kto jest za to odpowiedzialny…
Nie sądzę, że odważyłabym się wrócić do nauczania w szkole (na pewno nie w Hiszpanii, gdzie nauczyciel jest coraz bardziej bezbronny wobec uczniów i rodziców), to już zamknięty rozdział w moim życiu. Nie oznacza to jednak, że chcę zapomnieć o tym, co przeżyłam i co otrzymałam najpierw jako uczennica, a potem jako nauczycielka, bo nie można się wyrzec beztrosko samego siebie. I jeśli mogę życzyć czegoś tym, którzy obecnie uczą się i pracują w XXVI Liceum, to przed wszystkim sukcesów osobistych i zespołowych opartych na wytrwałym przekształcaniu swoich marzeń i aspiracji w rzeczywistość, na przekór okolicznościom i ograniczeniom, które są po to, by się nie poddawać.
Wszystko to co jest coś warte i ma sens, buduje się krok po kroku, ale z uporem, z nadzieją i z wiarą, że można osiągnąć wytknięty cel. Więc niech nigdy ich nie zabraknie, aby można było świętować kolejne jubileusze.
Ile dni nam jeszcze pozostało? Ile czasu spędziliśmy razem? – zastanawiałam się podczas jubileuszu mojej szkoły.
Obchodzenie tak, jakże okrągłej, rocznicy liceum dla absolwentów było doskonałą okazją do wspomnień, bo przeżyli razem cztery lub trzy lata. Bo kiedyś się przyjaźnili, byli sobie obojętni, bądź wręcz się nienawidzili. Czasem wspomnienia są wszystkim, co nam pozostaje… Być może właśnie to „spotkanie po latach” spowodowało, że niegdyś idealnie wychowana młodzież , stając się ludźmi dojrzałymi, zmieniła swoje zachowanie i przeszkadzała podczas przedstawienia zorganizowanego przez aktualnych uczniów(!). Toż to absolwentom Dwudziestego Szóstego nie przystoi! Należy jednak wybaczyć. Takie spotkanie może wzbudzać dużo emocji. Szczególnie, jeśli ludzie byli sobie bliscy…
„Nawet, jeśli ktoś kiedyś tam, zalazł wam naprawdę za skórę i obiecaliście sobie, że już nigdy się do niego nie odezwiecie, za dwadzieścia kilka lat, uwierzcie mi, będziecie się cieszyć ze spotkania, jakby to był niegdyś wasz największy przyjaciel”- mówiła nam wychowawczyni. Dziś patrząc na moją klasę, na kolegów, znajomych, niestety, wątpię w prawdziwość… Nie, nie tyle w prawdziwość, co możliwość spełnienia się tych słów.
Pewnie za kilka lat to się diametralnie zmieni, bo będę miała dość ludzi z pracy, dzieci, męża, dość codziennych „dorosłych” obowiązków. Będę chciała wrócić do lat nastoletnich, czasów mojej młodości. Do pierwszych doświadczeń, które pierwszymi już nigdy nie będą. Wydaje mi się, że w ten sposób myślą ludzie, którzy skończyli liceum. Obchody 60-tej, jak i każdej, rocznicy są dla nich swego rodzaju wehikułem czasu… przypominają sobie swoje ideały, znów mogą „marzeniami żyć, jak króle”. Po raz kolejny poczuć się tą „elitą” młodzieży, kończącej jedno z najlepszych liceów w Łodzi. Znów wspominają, co Brydzia z IVA robiła na swojej „osiemnastce”, co prof. Iksiński powiedział, gdy Grzesio z II E zrobił „byka” w zeszycie. To dla tych spotkań rocznice szkół powinny być obchodzone. Dla tych ludzi, dla ich prywatnych, ulotnych uczuć, myśli, chwil.
Oczywiście sześćdziesięciolecie nie może obyć się bez przypomnienia dosyć ciekawej historii miejsca, w którym się (tak, taaak…) wychowujemy, które nas kształtuje. To my tworzymy tę historię. „Przeszłość to dziś” (- tytuł jednego z moich podręczników). Za 20 lat to inni uczniowie będą słuchać o nas. Niektórzy poziewają, inni poprzeszkadzają. Wszyscy jednak zapamiętają, że byli na obchodach. Słyszałam, że wcześniej uczniowie nie świętowali rocznic, w uroczystościach brali udział tylko absolwenci szkoły. Bardzo się cieszę, że ja tę okazję miałam. Poczułam się częścią szkolnych murów i byłam dumna ze swoich kolegów, którzy przygotowali spektakl. Z ich talentu, stworzonego także przez to liceum, z tego, że ich znam i że tak wspaniale sobie poradzili. Zbliżyło mnie to do nich, a więc i do szkoły. Wiem, że te mury mają bogatą historię, że gdyby nie ludzie, którzy tworzyli i dbali o „Dwa-Sześć”, uczyłabym się gdzie indziej a moje poglądy, jak i przyszłość ukształtowałyby się inaczej. Wszystko jest ulotne. Zimne korytarze, mogą stać się przyjaciółmi. Chwile na pozór błahe, kluczowymi.
Świętowanie kolejnych rocznic jest podziękowaniem dla ludzi, bo to ludzie są szkołą.
Olga Duszyńska- uczennica klasy IIIA, rocznik 2009/2010
Z niecierpliwością oczekiwałam kolejnego Jubileuszu Mojego Liceum.
Gdy w dniu Zjazdu stanęłam przed budynkiem szkoły – powitał mnie duży napis widniejący na jej murach - 60 LAT XXVI LO
Chwila zadumy … to już 60 lat minęło, kiedy po raz pierwszy przekroczyłam progi – Szkoły VI TPT, Mojej Szkoły ! – bo przecież w Jej murach spędziłam 10 radosnych i beztroskich lat.
W moich wspomnieniach …
Rok 1949 … Wchodzę do budynku nowo wybudowanej szkoły jako uczennica II klasy. Małej, wówczas 8-letniej dziewczynce nowa szkoła wydawała się piękna i taka ogromna w porównaniu ze „starą” podstawówką. Poza tym wszystko w niej było wspaniałe… - długie, jasne korytarze, przestronne klasy i wygodne ławki, ogromna aula i jeszcze większa sala gimnastyczna obok, której były natryski umożliwiające kąpiel w strugach bieżącej wody (rarytas w domach wielu uczniów), świetlica zapewniająca opiekę i bułkę na podwieczorek, TPD – Towarzystwo Przyjaciół Dzieci – organizujące w niedzielne poranki Koła Zainteresowań dla uczniów …
Ówczesna „VI – tka” kształciła uczniów stopnia podstawowego i licealnego obejmując klasy I – XI. Dzieciaki
z podstawówki nieustannie „plątały” się wśród młodzieży licealnej ciekawe wszystkiego, co dotyczyło i działo się w Liceum. Pamiętam, jak podpatrywaliśmy zachowania licealistów i ich pierwsze zakochania, podziwialiśmy
i oklaskiwaliśmy na występach i akademiach z okazji …, gorąco, bardzo gorąco dopingowaliśmy w czasie rozgrywek sportowych. Na podstawie zasłyszanych rozmów licealistów rozpoznawaliśmy także Grono Pedagogiczne Liceum. W tamtych latach „znaliśmy” Profesorów wyłącznie „oczami” licealistów.
Wchodzę do Mojej Szkoły. Okazuje się, że jestem pierwszą absolwentką, która zgłosiła się na dzisiejsze uroczystości. W progu wita mnie grupa uśmiechniętej, dorodnej młodzieży, bardzo przejętej rolą gospodarzy. Dwie urodziwe i przesympatyczne licealistki natychmiast podchodzą do mnie, udzielają wyczerpujących informacji i proponują oprowadzenie po szkole.
Przechodzę pustymi jeszcze korytarzami. Oglądam fotografie absolwentów. W mojej pamięci przewijają się twarze pierwszych roczników maturalnych: Bogdana Koprowskiego – twórcy hymnu naszej szkoły, Iwony Matuszewskiej i Leszka Maliszewskiego – wzorowych uczniów, Sławka Zdepa –wspaniałego koszykarza, „demona parkietu”. Pamiętam doskonale twarze tych, którzy tak pięknie recytowali wiersze – kruczowłosego Bogdana Antczaka i jasnowłosego Zbyszka Cynkutisa, a także wielu innych, których nazwiska zatarł czas …
Dochodzę do swojej klasy, a pamięć przywołuje tamte lata …
Jest rok 1955 ... Jestem wreszcie LICEALISTKĄ - uczennicą VIII klasy, w dalszym ciągu - Szkoły VI TPD. Nowe koleżanki i nowi koledzy. Pierwsze lekcje. Poznajemy naszego Wychowawcę - Profesora Włodzimierza Nahornego „RUSKA” i pozostałych Profesorów, którzy przez kolejne 4 lata z uporem godnym podziwu starali się przekazać nam jak najwięcej wiedzy i wszystkimi możliwymi sposobami „zmuszali” do nauki. Do dziś pamiętam słowa profesora E.Łuczyńskiego „KAKTUSA” - „ … ty mi nie mów, że się uczyłaś, tylko udowodnij, że nauczyłaś się!” Oczywiście kolejna dwója i … zaliczanie całorocznego materiału, aby otrzymać promocję do następnej klasy. (wzór bilansu cieplnego pamiętam do tej pory).
Nasi Profesorowie - DYRO (dyrektor A.Wojtecki), KONAR, RUSEK, KAKTUS, Polonistka (B.Machejko) Chemiczka (I.Leśniewska), Geograf (J. Izydorczyk), Matematyk (E.Olejniczak) i wszyscy pozostali - BYLI WSPANIAŁYMI NAUCZYCIELAMI.
Dawali z siebie wszystko i jeszcze więcej. Często dużo, dużo więcej niż przewidywał ówczesny program nauczania. Bywało, że przekazywali nam treści nie zawsze zgodne z wytycznymi ówczesnych władz.
Nasi Profesorowie byli wspaniali swą mądrością życiową. Pamiętam rok 1956, aulę wypełnioną przez uczniów w skupieniu słuchających płomiennego wystąpienia Zbyszka Cynkutisa o zmianach zachodzących w naszym kraju. Pamiętam reakcję i ogromne emocje młodzieży, pamiętam także rozwagę i postawę Naszych Profesorów w tym trudnym okresie.
Cenię Naszych Profesorów za wszystko i chylę głowę.
Wchodzę do Auli im. Profesora Henryka Konarzewskiego. Trzymam w ręce pożółkłą fotografię naszej klasy z której spoglądają dziewczyny i chłopcy … z tamtych lat – wszyscy urodziwi i uśmiechnięci. Kogo z Nich dziś spotkam? Wśród absolwentów z wolna zapełniających Aulę wypatruję znajome twarze – Ani, Wandy, Jagody
i Doroty. Są dwie Basie i Andrzej, są absolwenci z bliskich nam roczników. Jest też spora grupa „WETERANÓW” Na NICH zawsze można liczyć ! ICH więź ze SZKOŁĄ najlepiej oddadzą słowa
Przybyliśmy tu dziś „… bo jest jakaś siła …” - jesteśmy tu dziś „… bo dla Ciebie wciąż nasze serca biją …”
Uroczystość otwarcia obchodów 60-lecia XXVI LO przygotowana była perfekcyjnie. Gospodarze obchodów – Profesorowie i Licealiści, bardzo zaangażowani i przejęci – trudno było ocenić, Kto bardziej – dwoili się i troili, aby przygotowany program wypadł jak najlepiej. I trzeba przyznać – to IM się udało!
Wystąpienia – Pani Dyrektor mgr M.Wiśniewskiej i wszystkich pozostałych przedstawicieli władz i organizacji oraz zaproszonych Gości były ciepłe i życzliwe. Serdecznościom składanym na ręce Pani Dyrektor nie było końca.
W części artystycznej młodzież „dwa sześć” pokazała się - jak zawsze – z jak najlepszej strony. Licealistom – za piękną inscenizację poezji K.K. Baczyńskiego, za piękny śpiew oraz piękną grę w orkiestrze – absolwenci podziękowali owacją na stojąco.
W Sali Gimnastycznej do której zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek, następuje szybkie „wyłuskiwanie” dawno niewidzianych przyjaciół. Tworzą się mniejsze i większe grupki. Wszystkim zebranym udziela się nastrój radosnego podniecenia. Powitania …, uśmiechy …, pierwsze rozmowy … - przy bajecznie kolorowych kanapkach, smakowitych słodyczach, kawie i herbacie. Tym koleżeńskim pogaduchom nie byłoby końca, gdyby nie mocny „akcent” orkiestry, będący sygnałem do rozpoczęcia zwiedzania szkoły i spotkań absolwentów w swoich klasach.
W naszej klasie zgromadziła się kilkunastoosobowa grupa „młodzieży z najstarszych roczników maturalnych” Choć już nie ten wzrok, nie ten kolor włosów i barwa głosu, to klimat sali szkolnej spowodował, że poczuliśmy się jak za dawnych lat - młodzi, radośni, roześmiani ...
Czas biegł nieubłaganie, a my prześcigaliśmy się we wspomnieniach - … o tym jak daliśmy KAKTUSOWI kaktusa w prezencie, o KONARZE i jego sposobach „perswazji”, o „bombowych” eksperymentach w pracowni chemicznej pod nieobecność profesor I. Leśniewskiej, o harcerstwie i o pani profesor B, Machejko, o … a także o naszych żartach i psotach płatanych kolegom i Profesorom.
Na zakończenie spotkania – w kręgu – złączeni ze sobą ramionami, zaśpiewaliśmy harcerską piosenkę
„ … Stańmy bracia wraz, ilu jest tu nas,
Zróbmy przyjacielskie koło,
Zaśpiewajmy pieśń wesołą
Choć rozstania czas…”
Żegnaliśmy się z żalem. Czekał nas przecież jeszcze Bal Absolwentów.
Bal Absolwentów w przepięknej Sali Balowej Pałacu Poznańskiego był wspaniałym akcentem zamykającym obchody 60-lecia Naszego LO.
Chciałoby się powiedzieć … Ach co to był za bal! Panie w wieczorowych sukniach, Panowie w pełnej gali. Wszyscy wspaniale prezentowali się na tle urokliwych wnętrz Pałacu. Niezwykły klimat zapewniał także doskonały wystrój sali, serwowane dania i drinki oraz dobra muzyka, która podrywała do tańca. Na parkiecie do białego rana – jak w tyglu – wirowały i mieszały się między sobą „roczniki maturalne”. Brać XXVI LO pokazała, że potrafi bawić się !!!
Z ociąganiem opuszczaliśmy Salę Balową. Za murami Pałacu Poznańskiego witała nas Łódź – cicha … jeszcze trochę senna …
Do zobaczenia na następnym Jubileuszowym Zjeździe!
Sobie, na ten czas oczekiwania pozostawiam wspomnienia, bo …
(Oscar Wilde).
W dniach drugiego i trzeciego października 2009 roku w XXVI liceum ogólnokształcącym imienia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego odbyły się uroczystości związane z sześćdziesięcioleciem istnienia szkoły. Jako nowy uczeń oraz krewny ś.p. Danuty Falak miałem okazję uczestniczyć w tych wydarzeniach. Chciałbym opowiedzieć o moich wrażeniach z tego święta, przez pryzmat niecałych dwóch miesięcy spędzonych w "dwa sześć".
Najważniejszą cechą liceum, która była dla mnie widoczna od początku nauki, a nie tylko podczas obchodów sześćdziesiątej rocznicy, jest przywiązanie do tradycji. W Łodzi jest wiele szkół z długą i bogatą historią, jednak nigdy nie widziałem aby tradycja stała na tak ważnym miejscu i była tak kultywowana. Nie skłamię mówiąc, że aura historyczności jest mocno wyczuwalna i możemy jej doświadczyć zaledwie spacerując po korytarzach budynku. Co prawda w szkolnej ławce nie ma zbyt wiele czasu na myślenie nad przeszłością szkoły, ale jednak nie raz znalazłem chwilę na wyobrażanie sobie, jak te mury wyglądały ponad pół wieku temu.
Sama uroczystość sześćdziesięciolecia składała się z dwóch części. Piątek był mniej oficjalnym dniem, poświęconym uczniom, natomiast sobota była zarezerwowana głównie dla absolwentów szkoły. W piątek spędziliśmy niedługi czas w auli szkolnej, gdzie dowiedzieliśmy się wiele o poprzednich dyrektorach i losach placówki. Spotkaliśmy się również całą klasą z emerytowaną polonistką panią profesor Magdaleną Płauszewską, z którą, jak się przekonaliśmy, nawiązaliśmy nić porozumienia. Miło jest zobaczyć, że przepaść dzieląca pokolenia nie jest tak duża jak się wydaje i w swobodnej rozmowie dzielić się swoimi zainteresowaniami z osobą dużo starszą od siebie. Dialog był bardzo życzliwy, a nauczycielkę wspominam z dużą serdecznością. Sobotni dzień był dużo bardziej oficjalny i myślę, że uczniowi, a zwłaszcza nowemu jak ja nie było już tak łatwo odnaleźć się wśród rzeszy absolwentów. Trudno jest z perspektywy osiemnastolatka zrozumieć uczucia melancholii i wzruszenia, jakie towarzyszą człowiekowi tyle lat po ukończeniu szkoły.
Jestem pewien, że kiedyś ja również zawitam do szkoły jako absolwent na kolejną okrągłą rocznicę i przekonam się, jakie są uczucia człowieka, który uświadamia sobie jak odległe są lata spędzone przez niego w tych murach i jak bardzo za tymi latami tęskni.
Wojciech Wlaźlak IIa
XXVI Liceum Ogólnokształcące, ul. Wileńska 22a, 94-029 Łódź