Wstecz Strona Główna Dalej

W pierwszej połowie 1943 Baczyński wstąpił do harcerskich grup szturmowych, które stały się zalążkiem batalionu AK „Zośka”. Nie miał doświadczenia w pracy konspiracyjnej, jednak przydzielony do plutonu „Alek” kompanii „Rudy” stanął na czele sekcji (jako starszy od pozostałych, w pełni dojrzały i cieszący się uznaniem poeta). Równocześnie wstąpił do tajnej Harcerskiej Szkoły Podchorążych Rezerwy „Agrycola”, którą ukończył ze stopniem strzelca podchorążego.

Pomimo protestu przyjaciół i rodziny brał udział w akcjach zbrojnych i konspiracyjnych, szukając okazji do wykazania się swymi umiejętnościami bojowymi i konspiracyjnymi, m.in. w słynnej akcji TU (Tłuszcz – Urle) organizowanej przez batalion „Zośka”, której efektem było wysadzenie niemieckiego pociągu. Baczyński wielokrotnie zgłaszał swój akces do udziału w akcjach zbrojnych, jednak nie chciano go dopuszczać do walki w obawie o jego życie – życie jednego z najwybitniejszych poetów tamtych czasów. Zamiar przeniesienia go na stanowisko szefa prasowego kompanii potraktował jako ujmę i na miesiąc przed powstaniem przeszedł do harcerskiego batalionu „Parasol”, gdzie obiecano mu funkcję dowódcy plutonu. W pierwszym dniu powstania odcięty od własnego plutonu, dołączył 2 sierpnia 1944 r. do 2 Dywizjonu Motorowego Wojsk Powstańczych.
Zginął śmiercią żołnierza 4 sierpnia 1944 roku, trafiony przez niemieckiego snajpera na terenie Pałacu Blanka przy Placu Teatralnym. Tam też - pomimo trwających walk – uroczyście złożono jego zwłoki w ruinach Ratusza. Świadectwem jego śmierci jest tablica pamiątkowa na Placu Teatralnym i grób poety na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Pokolenie

Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
Kłosy brzuch ciężki w gorę unoszą
i tylko chmury - palcom czy włosom
podobne - suną drapieżnie w mrok.
Ziemia owoców pełna po brzegi
kipi sytością jak wielka misa.
Tylko ze świerków na polu zwisa
głowa obcięta strasząc jak krzyk.
Kwiaty to krople miodu - tryskają
ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
pod tym jak korzeń skręcone ciała,
żywcem wtłoczone pod ciemny strop.
Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
czuwając w dzień, słuchając w noc.
Pod ziemią drżą strumyki - słychać -
Krew tak nabiera w żyłach milczenia,
ciągną korzenie krew, z liści pada
rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.
Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
Któremu kości kijem złamano,
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble - krew.
Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi - źli troglodyci.
Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.
Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
Szukamy serca - bierzemy w rękę,
nasłuchujemy: wygaśnie męka,
ale zostanie kamień - tak - głaz.
I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady
na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż.
22.07.1943